Informacja o szlakach



Historie i legendy związane z PSC



Punkt węzłowy Puck i jego pierścień

Tunel między Mechowem a Żarnowcem


Według legendy w Mechowie istniał klasztor męski. Kilka kilometrów dalej, w sąsiedniej wsi Żarnowiec, był klasztor żeński. Jaskinia w Mechowie miała powstać dzięki zaradności zakonników z Mechowa, którzy postanowili wykopać tunel łączący oba klasztory. W trakcie budowy bracia zakonnicy spotkali "Lodowego Ducha", który pogasił im świece oświetlające korytarze. Zakonnicy tak się zlękli, że czmychnęli na powierzchnię i już nigdy nie wrócili, by kontynuować swoje dzieło.
» Źródło: "Norda na wakacje" A. Jabłoński i J. Ellwart, Wydawnictwo Region 2003

 

Punkt węzłowy Oliwa i jego pierścień

"Sen o Oliwie" »»» Legenda o założeniu klasztoru w Oliwie

Wersja 1
Subisław, książę wówczas jeszcze pogański, udał się na polowanie w lasy pomiędzy Gdańskiem i Chmielnem. Podczas łowów wytropił jelenia, więc zaczął go gonić. W tej pogoni, pędząc oddalił się od swych towarzyszy. Nagle zza krzaka wyskoczył wprost na niego rozjuszony dzik. Książę pchnął go w biegu, ale oszczep się złamał i ostrym końcem zranił go w bok. Subisław zsunął się z konia zdoławszy jeszcze tylko zadąć głośno w róg. Odgłos rogu usłyszał mnich, który mieszkał w owym lesie i zaraz przybył w to miejsce. Znalazł księcia, zabrał go do swej leśnej pustelni, przemył winem straszną ranę, owinął ją czystym płótnem i tak leczył księcia przez czas długi. Był on bowiem nieprzytomny. Pewnej nocy śniło się księciu, że widzi białego promienistego anioła, który trzymał w dłoni gałązkę oliwną. Ten anioł rzekł do niego: Ja jestem wysłany przez Boga, aby ci zwiastować pokój. Po czym posłaniec niebieski zniknął, a zdziwiony Subisław przebudził się. Teraz mnich opowiedział mu o wszystkim, co się stało w lesie, jak długo już leży chory i zaraz też objaśnił mu sen, że oto Bóg powołał go w ten sposób do wiary Chrystusowej, którą to wiarę dokładnie mu wyłożył, a książę przyjął chrzest z jego rąk, po czym całkiem już zdrów powrócił do swego grodu. W miejscu, gdzie upadł zraniony, kazał książę Subisław wznieść klasztor i nazwał go Oliwa - od tej oliwnej gałązki, którą mu anioł pokazał. Na starość zaś książę zamieszkał w tym klasztorze, tam zmarł i jest pochowany.

» Stanisław Czernicki (Leon Heyke), Podania kaszubskie, Kościerzyna 1931. Źródło: Jerzy Samp, Legendy gdańskie, Gdańsk 1992


Wersja 2
Legenda mówi, że książę Subisław podczas polowania oddalił się od swojej drużyny. Wtedy niespodziewanie zaatakował go wielki dzik. Rannego księcia znalazł pustelnik, który dał mu schronienie i opatrzył rany. Podczas nocy spędzonej w pustelni przyśniła się Sobiesławowi świetlista postać z gałązką oliwną w dłoni i wskazała mu miejsce, gdzie powinien ufundować klasztor. Książę dotrzymał słowa i postanowił przyjąć chrzest, gdyż do tej pory był poganinem.

» Źródło: "Legendy Kaszubskie"Janusz Madelski, Wydawnictwo Region.


Legenda o Janie Pszczelarzu

Żył dawno temu Jan co zwał się Pszczelarzem, bo posiadał wiedzę, jak pszczoły prowadzić, aby miód dawały smaczny i zdrowy. Pewnego razu w świat ruszył z rodziną do miejsca wskazanego przez swego krewnego po kądzieli - Żelisława, który uprzednio doniósł Janowi o pięknych włościach niedaleko osady Żelisława rozpostartych, bogatych w urodzajne łąki i lasy, co dla pszczół rajem być mogą. Wędrowali tedy Jan i żona jego Jagienka wraz z dziećmi i dobytkiem pszczelim objuczeni, aż doszli do miejsca tego. Zachwycili się zrazu pięknem pól malowanych, zapachem łąk i wichru od morza wiejącego.

Ostali tam i zaraz do ciężkiej pracy się zabrali. Narzędzia do wszelakich robót przynieśli ze sobą albo różnym sposobem zrobili sobie - dobre i mocne. Pobliski las dawał dzikie jabłka, orzechy, jagody i grzyby. Do rzeczki, co Bielawką nazwali, przybiegały jelenie i sarny. Wkrótce łąki pełne brzęczenia nieprzeliczonych rojów pszczelich były. Kilka roków minęło im w ciężkiej pracy, aż po okolicach puściły się pogłosy o rodzinie Jana, co przemyślnością swą i pracowitością miód zdobywa godny królewskiego stołu.

W owych czasach nieopodal osady, w której Jan Pszczelarz z rodziną osiadł, Zakon Cystersów siedzibę swą miał. Zakonników owych trapiła myśl o chorobie brata Alberta, którego moc miodu uzdrowić mogła, a że doszły i tam wieści o przednim gatunku Janowego miodu, wyruszył zatem przeor z Oliwy do Jana Pszczelarza po miód życiodajny.

Godnie przeora rodzina bartników przywitała, miodem ugościła i na drogę nim obdarowała. Poznał zakon niebywały smak i moc miodu onego, a że zdrowie brata Alberta wzmocniło się po jego zażyciu, zawdy Cystersi od Jana miód brali i imię jego sławili. Za swą dobroć i pracowitość dostał Jan tę osadę w posiadanie, a od jego przydomka Pszczółki ona się zowie.

Mijały wieki, do Pszczółek przybywali inni pszczelarze, słysząc wieść o urodzajach pszczelich. Przybywali kowale, rzemieślnicy, chłopi i artyści. Wszyscy Pszczółki umiłowali, a teraz w swym godle pszczoły mają i w swym walczyku o Pszczółkach śpiewają.

» Źródło Małgorzata Augustyniak; http://sppszczolki.szkoly.interklasa.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=30&Itemid=24


Punkt węzłowy Peplin i jego pierścień

Złota Księga
Legenda głosi, że jeden z mnichów wychodząc z biblioteki w Pelplinie upuścił złotą księgę, której strony rozwiał wiatr. a Do dziś poszukuje się jej podczas Jarmarku Cysterskiego w Pelplinie (poszukiwanie "Złotej Księgi" szarych mnichów - zadaniem dzieci jest odnalezienie zagubionych stron i połączenie ich w całość, tak, aby powstała księga).


Punkt węzłowy Koronowo i jego pierścień

Złoto Cystersów Koronowskich

Koronowo - swego czasu w Pelplinie na Pomorzu znaleziono w aktach grodzkich dokument, że w fundacji klasztoru Cystersów w Koronowie koło Bydgoszczy zakopanych jest kilka skrzyń złota. Założony z początkiem XIII wieku klasztor pali się kilka razy i dlatego po ostatnim pożarze w XVII wieku zamurowano w fundamentach znaczną część złota, ażeby w razie nowego pożaru można było klasztor odbudować. Poszukiwania skrzyń złota nie przyniosły dotąd spodziewanych efektów.


Krypty pod kościołem


Według zarysu historyczno-statystycznego Diecezji Chełmińskiej z 1928 roku: "W klasztorze koronowskim złożono do grobu księcia Kazimierza, czyli Kaśka, syna księcia pomorskiego Bogusława V i jego żony Elżbiety, córki Kazimierza Wielkiego. Umarł on 2 stycznia 1377 roku". Informacje tę zaczerpnięto od kronikarza dziejów Polski Jana Długosza. Znana jest w kościele tylko jedna krypta, ale pochowani są w niej tylko zakonnicy. Ponadto według tegoż zarysu historyczno-statystycznego, dnia 10 października 1410 roku rozpoczęła się przy Koronowie a zakończyła się przy Łącku ciężka i dla Polaków zwycięska bitwa przeciwko Krzyżakom, opisana szczegółowo przez Długosza. Nazajutrz pozbierano ciała poległych i pochowano je w klasztorze koronowskim. Drugi więc podobny fakt nieznajdujący potwierdzenia w realiach. Czy naprawdę pod tak dużym obszarem kościoła jest tylko jedna krypta?



Punkt węzłowy Iwięcino/Bukowo Morskie i jego pierścień

Miłość » zawsze jest dobra

Wyjątkowo gorące tego roku wrześniowe słońce, rozpoczęło gasić swój żar w zielono-szarych wodach Bałtyku, gdy grząską, piaszczystą a w niektórych miejscach bagnistą drogą, na mierzei pomiędzy morzem a jeziorem, wesoły i głośny orszak zmierzał do domu weselnego.
Od niepamiętnych czasów miejscowi rybacy Bałtyk zwali Morzem Wielkim a jezioro Morzem Bukowskim, od nazwy wsi nad jego najwyższym brzegiem, na którym pracowici, szarzy mnisi przed wiekami wznieśli mały kościółek będący przystanią duchową dla okolicznych mieszkańców.

Radosny orszak rozpoczynał, zaprzężony w parę dorodnych koni i przystrojony, duży chłopski wóz z rozśpiewaną młodzieżą. Po nim skromny wóz z rodziną panny młodej a za nim okazały wóz z rodziną pana młodego. Na końcu wyjątkowo pięknie przybrany wóz z młodą parą, drużbami i wtórującą tym na przedzie kapelą.

Goście weselni z radością myśleli o czekającej ich zabawie. O uczcie weselnej, którą tutaj rozpoczynano podaniem grubej kaszy gotowanej na mleku z dodatkiem masła, cynamonu i cukru, popijanej dobrym darłowskim piwem. O stołach zastawionych jadłem, na którym prym wiodły gotowane w piwie i podawane na zimno z odrobiną chrzanu węgorze i szczupaki. O tańcach młodzi, a o grze w karty i dobrym piwie w miłym sąsiedzkim gronie starsi.

Zaś na twarzach młodej pary raz radość, raz troska i zadumanie. Jak spojrzą na siebie, to z miłości odpływa cały świat. Nie ma trosk i zmartwień, jest radość i słyszany jakby z oddali weselny gwar i muzyka. Jak widzą na wozach swoich rodzicieli to troski i smutek gaszą ich radość.

Maria była jedyną córką ubogiego rybaka z Dąbkowic, zagubionej na pasku lądu pomiędzy morzem a jeziorem wioski. Joachim to pierworodny syn bogatego gospodarza ze starej części Gleźnowa. Poznali się, gdy Maria, wiosną tego roku, oporządzała swoje dwie krowy na łące po przeciwnej stronie jeziora. Krowy, jak co roku, na wypas przepłynęły tratwą na drugą stronę, gdzie przebywały aż do jesieni, na pasku łąki, który w posagu do rodziny wniosła jej matka. Maria dwa razy dziennie przepływała do nich łodzią na udój. W niedalekiej odległości Joachim wraz z parobkami obrabiał, dorodnymi końmi swoje rozległe zagony. Był zauroczony piękną i pracowitą dziewczyną. Przyglądał się, z jakim uporem w maleńkiej łódeczce, dwukrotnie na dzień pokonuje to przecież niemałe jezioro. Zawsze radosna i uśmiechnięta, jakby trudy ciężkiego życia były gdzieś obok niej. A przecież, jako córka rybaka, nie tylko zajmowała się bydłem ale jednocześnie, wraz z matką, wszystkimi lądowymi pracami, jakie były związane z połowem i obróbką ryb. Pewnego dnia podszedł do niej i tak się poznali. Początkowo nic nie wskazywało, że są sobie pisani. Rozmawiali i przekomarzali się. Maria miała świadomość swojej pozycji. Była uboga, nie mogła wnieść w posagu ziemi, a jej skromna wyprawa ślubna, którą mogła wynieść z domu to pościel i bielizna wraz z ubraniem w skrzyni, szafa, krosno, kołyska, trochę kuchennego sprzętu i jedna krowa. Joachim, jako pierworodny syn gospodarski to spadkobierca dużego majątku z nowymi murowanymi budynkami z trzema parami koni, stadem bydła, świń i owiec. Z największym obszarem gruntu we wsi.

Jednak los chciał inaczej. Z rozmów i niewinnego flirtowania zrodziła się głęboka i bezkompromisowa miłość. Powiadomili rodziców o decyzji wspólnego życia. Jednakże, zarówno rodzice Joachima jak i Marii byli stanowczo temu przeciwni. Ostro reagowali na te ich umiłowane spotkania. Jego rodzice, chciwi na majątek, nie chcieli panny bez posagu a jej rodzice, dumni w swej biedzie nie widzieli córki, jako osoby, z której się drwi i wypomina jej biedę w domu pana młodego.

Joachima, ojciec pozostawiał do obrządku bydła w oborach i stajniach a Marię zastąpiła w pracy przy krowach matka. Mimo to, niezależnie od pogody, młodzi nocą przeprawiali się przez jezioro i miłość kwitła jak piękny kwiat. A jak z kwiatu rodzi się owoc, tak i tutaj owocem wielkiej miłości była ciąża Marii. Powiadomieni o tym fakcie rodzice byli oburzeni i oskarżali siebie nawzajem o złe wychowanie swoich dzieci. Odgrażali się, powołując duchy przodków na świadków, że prędzej ich zabiją, niż miałyby żyć w takiej hańbie. Młodzi czynią podobnie zapewniając się nawzajem, iż pierwej odbiorą sobie życie, niźli mieliby żyć bez siebie.

Jednakże pod wpływem pastora z kościoła w Bukowie młodzi i rodzice ochłonęli i zdawało się, że ojce akceptują związek. Ciąża Marii nie była widoczna, a że nikt o tym we wsi nie wiedział, to i jej ojciec przełknął tę, według niego hańbę. Ojca Joachima wizja skromnego posagu panny młodej doprowadzała do wściekłości, gdyż już z bogatym sąsiadem planowali małżeństwo Joachima z jego córką Emmą. Widząc jednak determinację młodych, z zaciętą twarzą wyraził zgodę na małżeństwo.

Rozpoczęto przygotowania do uroczystości weselnych, które planowano w ostatnią sobotę września. Drużba w tradycyjnym stroju ruszył prosić gości na ślub w kościele bukowskim i wesele, które miało się odbyć w domu panny młodej w Dąbkowicach. Ojciec Marii, choć biedny lecz uniesiony w honorze, stanął na wysokości zadania i zrobił wszystko, by wesele jego córki nie było gorsze od tych w najbogatszych domach. Dom odnowiono i przystrojono. W izbach zbito wygodne stoły i ławy. Piwo w beczkach przywieziono z darłowskiego browaru. Sprowadzone gospodynie prześcigały się w smakowitych potrawach i wypiekach, a muzykantów ściągnięto aż z sąsiedniej dobiesławskiej parafii.

A jednak, w dzień wesela w południe, jedni i drudzy rodzice w swojej zapiekłości udzielili nieszczerego błogosławieństwa młodej parze, choć młodzi w swoim szczęściu niczego szczególnego nie zauważyli.

Umówionego z pastorem i organistą sobotniego popołudnia młodzi, drużbowie, rodzice, rodzina i zaproszeni sąsiedzi zjawili się w bukowskim kościele, gdzie w bogatej oprawie przebiegała uroczystość zaślubin. Jak zawsze na mszę, z uwagi na gwar we wsi, wałęsające się psy i bezpośrednią bliskość drogi, zamknięto drzwi.

Pastor wygłaszał właśnie przepiękne kazanie o miłości, gdy niespodziewanie, przy czystym niebie, zerwał się wicher i drzwi z łoskotem rozwarły się na oścież, a wnętrze kościoła ogarną tak duży chłód, iż część gości wyraźnie zaczęła drżeć z zimna. Szybko dokończono uroczystość, a wyjście z kościoła goście przyjęli z wyraźną ulgą. Mimo radosnej chwili, pod kościołem czuć było duży niepokój i napięcie. Zaproszona młodzież, jak nigdy nie przekrzykiwała się w docinkach, konie niespokojnie przebierały nogami i parskały, a czasem miało się wrażenie jakby chciały coś z siebie zrzucić.

Po chłodnych życzeniach od najbliższych, całość weselników załadowawszy się wraz z muzykantami na wozy, ruszyła piaszczystą drogą w kierunku Dąbek, skręcając w nich na jeszcze bardziej trudną piaszczysto-bagienną drogę do Dąbkowic.

W trakcie podróży do domu weselnego, powoli zapominano o tym przykrym incydencie w kościele i dziwnym niepokoju przed świątynią. Ludziom coraz bardziej jaśniały tworze na myśl o dobrym jedzeniu, dobrym piwie, tańcach i miłym spędzeniu czasu w sąsiedzkim gronie, gdyż na co dzień, trudy życia i związana z tym ciągła praca to uniemożliwiały.

Już niedaleko było do wyjątkowo w tym roku zamulonego kanału łączącego jezioro z morzem. Woźnice zacięli batem konie, by ten trudny odcinek pomyślnie pokonać i nie ugrząźć w piachu. I nagle . znów jak w kościele, zimny lodowaty chłód od jeziora. Doświadczeni parobcy, którzy od lat zajmowali się końmi, stracili całkowicie nad nimi kontrolę. Oszalałe, jakby silnie przestraszone zwierzęta, z zawrotną szybkością ciągnęły trzaskające z naprężeń wozy pełne przerażonych ludzi.

Trzy pierwsze wozy przemknęły i ani się nie obejrzano a okryte pianą zwierzęta same zatrzymały się na podwórzu domu weselnego.

Trwoga, którą doświadczono w kościele, znów wlała się w serca ludzi. Gdzie wóz młodej pary? Przecież to tylko jedyna droga na wąskim pasku lądu pomiędzy jeziorem i morzem. Może spłoszone konie same zawróciły do stajni? Bojąc się wsiadać na wozy, ludzie najpierw wolno a potem coraz szybciej zaczęli iść do miejsca, gdzie ostatni raz widziano wóz z młodą parą, drużbami i muzykantami. Bez większych kłopotów można było śledzić trasę wozów po wyraźnych świeżych koleinach, a gospodarze i parobcy dziwowali się, gdyż tak wielka długość jednego kroku konia w tym szalonym powożeniu, nigdy nie była przez nich widziana. Do miejsca dotarli już po zachodzie słońca. Znów było normalnie. Zwykły, prawie letni wieczór.
Stójcie!!! Głos przerażonego parobka sparaliżował grupę i tak już przestraszonych ludzi. W tej samej chwili, z odległości kilkudziesięciu kroków, każdy spojrzał w to miejsce, gdzie od pokrywających się śladów wozów, na zakręcie, wyraźnie na wprost kierowały się koleiny po wozie młodej pary. Jeszcze nie wiedziano, co się stało. Może konie wyrwały przez wydmę na plażę? Może gdzieś wóz tkwi w otaczających krzewach i zaroślach?

Jednak cisza była złowróżbna. Konie nie rżały. Nikt nie wołał pomocy. Podeszli całą gromadą bliżej. Fala gorąca zalała serca bliskich i sąsiadów. Ślady po kołach wozu młodej pary kończyły się tam ., gdzie brzeg małego, bagiennego oczka wodnego. Pomimo natychmiastowych poszukiwań, po koniach, wozie młodej pary drużbach i muzykantach nie został najmniejszy ślad. Wezwany żandarm ściągnął nawet z rejencji komisję wraz z grupą ludzi przyuczonych do czynności poszukiwawczych. W jeziorku nic nie ma - napisano w protokole końcowym komisji.

Teraz wszystko stało się jasne. I to zdarzenie w kościele i przed kościołem i w drodze. To o tym jeziorku starzy rybacy mówili, że są to drzwi do świata po drugiej stronie. To w nim nigdy nie powinny przeglądać się młode panny i nie powinno się poić bydła Tymi właśnie drzwiami, przybyli nieopatrznie wezwani przez rodziny duchy przodków. Widząc nieszczerość w błogosławieństwie młodym przez rodziców i widząc ich przyszłość w niekończących się waśniach rodzinnych i upokorzeniach, przybyli na ślub. W dniu, w którym młodzi byli najbardziej szczęśliwi, duchy przodków przenieśli ich do lepszego świata, by tak piękna miłość mogła trwać wiecznie.

I dzisiaj, gdy zajdzie słońce, a mrok wlewa się w sadzony wiele lat później las na mierzei, zbliżając się do tego miejsca, słyszymy wyraźnie tony weselnej muzyki, rżenie koni i szepty zakochanej pary tylko w pozornie niezrozumiałym języku.

» Źródło: Jan Górski, Regionalna Izba Tradycji "Pamięć Pokoleń" Dąbki; za: http://www.gminadarlowo.pl/?nrstr=210&id=legenda1


Nowa wiara

Gdy w początkowo spokojnym, XIII wieku kolonizacja niemiecka dosięgła Chełmskiej Góry, skończył się czas pokoju. Szeroko rozgorzały walki pomiędzy kolonizatorami a miejscową ludnością słowiańską, zaciekle broniącą swojej wiary i wolności. Lepiej uzbrojone rycerstwo niemieckie siłą zmuszało Słowian do uległości i przyjęcia nowej, zupełnie niezrozumiałej wiary. Buntujących się i opornych stawiano przed sądami, które często ferowały okrutne wyroki, do spalenia na stosie włącznie.

W czasie jednej z walk niemieccy kolonizatorzy podstępnie pojmali żupana Tymosława, będącego poddanym księcia gdańskiego Świętopełka II. W obawie przed odbiciem i zemstą, ominąwszy bory, odstawili skrępowanego jeńca do nowopowstałego klasztoru cysterskiego w Bukowie, mając w zamiarze doprowadzenie go łódkami przez Zalew Bukowski (jeszcze nie jezioro) do przystani Brunne, a stamtąd łodzią morską do Mielna i dalej końmi do Koszalina.

Na razie, doprowadzony do klasztoru jeniec, choć skrępowany, godnie przejechał bramę opactwa. Ogromna postać żupana wzbudzała przerażenie zakonników tak, iż nie śmieli nawet do niego się zbliżyć. Po dyskusji ze starszymi opat postanawia, że więźnia obsłuży sługa klasztorny, wesoły, znający od urodzenia słowiańska mowę, Janko z Nowej Rzeki (późniejsze Neuwasser a dzisiejsze Dąbki), wsi rybackiej, sąsiadującej z klasztorem przez szeroki, dwukilometrowy ciek wodny. On to wszedł w towarzystwie niemieckiego zakonnika do ciemnego lochu, w którym uwięziono żupana, kładąc na kamiennym klepisku chleb i wodę. Z uśmiechem przemówił do Tymosława, aby nie upadał na duchu, gdyż ma informację o tym, że na drodze przygotowana jest zasadzka, która da mu wolność. Na zapytanie niemieckiego mnicha o czym rozmawia z więźniem, Janko, z jeszcze większą radością sprzedał mu bajkę o tym, iż objawia pojmanemu dobrą nowinę o Zbawicielu.

Niestety, przeczuwający zagrożenie Niemcy, po dopłynięciu do przystani Brunne nie przesiedli się na łódź do Mielna, lecz dalej popłynęli na zachód, wąskim kanałem do Zatoki Jamneńskiej (też, jeszcze nie jeziora) i przez osady Łabusz i Jamno, najkrótszą drogą doprowadzili jeńca do Koszalina. Zasadzka pod dzisiejszymi Mścicami na próżno czekała w gotowości przez ponad trzy dni.

Sprawa uwolnienia żupana stawała się beznadziejna. Tymosław sprowadzony przez sąd podkreślał, że jako poddany księcia gdańskiego nie powinien być sądzony przez Niemców. Po raz kolejny podkreślił, że starej wiary nie wyrzeknie się, nawet pod groźbą śmierci męczeńskiej. Dowodził, że nowa wiara przynosi ludności słowiańskiej zniewolenie i zepchnięcie jej do ludności drugiej kategorii, co w niedługim czasie stało się faktem.

Zapadł wyrok. Jak z trwogą przewidywano, wyrokiem była okrutna śmierć przez spalenie. Gdy prowadzono Tymosława na koszalińską Górę Straceń, gdzie już wcześniej ułożono, wyjątkowo na podwyższeniu stos, podniósł się wielki lament zgrupowanych wzdłuż drogi kaźni Słowian.

Na miejscu stracenia Tymosław zwrócił się do sędziów z żądaniem, by kat zdjął mu więzy, gdyż chce umrzeć jako człowiek wolny. Widząc ogromna posturę skazanego, sędziowie odmówili, a zlękniony kat jeszcze mocniej skrępował sznury. Gdy obłożono stos dodatkowym, suchym chrustem i podpalono, zanim objęły go płomienie i dym, Tymosław skierował wzrok ku Górze Chełmskiej. W tych latach góra była nie zalesiona, stad często zwano ją Gołogórą lub Chełmem. Ogromny płomień na szczycie Gołogóry był znakiem, że bracia Słowianie czuwają.
Z okazji procesu i stracenia Tymosława, opat Cystersów bukowskich Fryderyk, już drugi dzień przebywał w Koszalinie, w charakterze sędziego prowadzącego sprawę. Po sutej kolacji w klasztorze żeńskim, wraz z towarzyszącymi braćmi zdecydował się na powrót, konno do klasztoru, jako że w dniu następnym miał się odbyć sąd opacki nad łowiącymi, na wodach zakonu, rybakami z Nowej Rzeki.

Było już ciemno, gdy jeźdźcy w kolumnie mijali podnóże Gołogóry od strony wsi Gorzebądz. Nagle z lasu wyskoczył uzbrojony oddział Słowian, których głowy chroniły czerepy wilków i niedźwiedzi. Ich wygląd i niespodziewany atak zmusił kolumnę do gwałtownej ucieczki. W czasie pościgu spadł z konia opat, trafiony strzałą wypuszczoną z cisowego łuku, będącego w ręku Dobiesławy, wnuczki Tymosława, ostatniego żupana z Góry Chełmskiej.

Zdarzenia te dotknęły słowiańskich mieszkańców, całego zlewiska Zatoki Bukowskiej. Już sam wielki ogień na widocznej na zachodzie Świętej Górze wzbudził niepokój, lecz prawdziwą trwogę i ogromny żal wlała w serca nowina o okrutnej śmierci, surowego, lecz sprawiedliwego i szanowanego żupana.

Jeszcze kilkadziesiąt lat po tym zdarzeniu pamiętano o krzywdzie, a kilkaset patrzono z nostalgią na Chełm, który w krótkim czasie stał się miejscem nowego kultu. Dzisiaj, gdy o wschodzie słońca staniemy na wydmach mierzei bukowskiej, to spoglądając w kierunku już zalesionej Chełmskiej Góry czujemy, że jakaś tajemna siła mocno pochyla nas w stronę tego wyjątkowego, lodowcowego wyniesienia.

» Źródło: Jan Górski, Regionalna Izba Tradycji "Pamięć Pokoleń" Dąbki; za: http://www.gminadarlowo.pl/?nrstr=210&id=legenda2

» strona główna
powiększ mapę

psc